February favourite

at
Hej kochani. Nadeszła pora podsumować kosmetyki, po które najczęściej sięgałam w styczniu i lutym. Jest ich całkiem sporo, część z nich na pewno doskonale znacie, a inne być może będą dla Was nowością. Zróbcie sobie kubek gorącej herbaty i przygotujcie się na sporą dawkę lektury 🙂

 

 

 

 

Pierwszą kategorią są kosmetyki kolorowe. W tej grupie nie znalazło się nic nowego, czy odkrywczego, za to sprawdzonego i idealnego. Nikogo nie zdziwi zatem obecność  Chocolate Bar od Too Faced. Używam jej niemal codziennie od dnia zakupu. Ciągle pachnie czekoladą, nadaje się do makijaży dzienny i wieczorowych. Dodatkowo ma praktyczne lusterko i bardzo „moje” kolory. Uwielbiam ją.
Niezmiennie od wielu miesięcy używam tej samej bazy Inglota. Jest wydajna, nawet najgorsze cienie trzymają się na niej przez cały dzień, czego chcieć więcej ? Podobnie jest z eyelinerem z Maybelline. Kremowy, bardzo czarny i trwały. Nie ruszają go łzy czy deszcz. Jedyny sposób na tego gagatka to płyn dwufazowy.
 
 
 
 
Na brwiach w ostatnim miesiącu lądował jeden i ten sam produkt. Pomada do brwi w żelu firmy Inglot. Kolor 16 jest dla mnie idealny. Nie utlenia się, nie rozmazuje i starcza na bardzo długo.
Moim odkryciem w gronie rozświetlaczy jest produkt z Bell. Hypoallergenic Face&Body Illuminating Powder gwarantuje piękny, nienachalny lecz widoczny glow. Daje cudowny efekt wilgotnej skóry bez jakichkolwiek drobinek. Obecnie to mój idealny rozświetlacz za grosze.
W zaszczytnym gronie ulubieńców nie mogło zabraknąć perfekcyjnej maskary So Couture od L’Oreal Paris. Świetnie rozczesuje rzęsy, podkręca, wydłuża i pogrubia. Mój ideał, w dodatku trwały jak żadna inna maskara. Taki efekt wydaje się być nierealny wiem. ale u mnie tak właśnie spisuje się Volume Million Lashes.
 
 
 
W kategorii pielęgnacja, bezkonkurencyjne są maseczki do twarzy z Ziaji. W szczególności polubiłam się z wersją Liście zielonej oliwki. Maseczka jest typowo oczyszczająca, o szarym kolorze i wysychającej, ściągającej formule. Osoby z cerą mieszaną, tłustą i problematyczną powinny się z nią polubić.
Na ustach w ostatnich dwóch miesiącach królowały pomadki i balsamy ochronne. Produkty kolorowy poszły trochę w odstawkę. Nie ma się co dziwić, skoro pogoda nas nie rozpieszczała.
Wróciłam również do serum do rzęs 4 Long Lashes od Oceanic. Ponad rok temu dała mi spektakularne efekty, które możecie zobaczyć sami w tym poście.
 
 
 
Nowością w mojej pielęgnacji jest szczoteczka Rivial de Loop. Działa na baterię, ma wymienne głowice czyszczące o dwóch wariantach „twardości”. Po jej użyciu skóra jest miękka i bardzo dobrze przygotowana na krem. Niedługo pojawi się jej pełna recenzja.
Coraz większe zaangażowanie w pielęgnacji twarzy, skutkowało poszukiwaniem idealnego kosmetyku pod oczy. Obecnie używam ujędrniającego kremu przeciwzmarszczkowego Tołpa Green. Zapewnia odpowiedni poziom nawilżenia, ładnie się wchłania i nie waży korektora.
 
 
Na sam koniec zostawiłam produkty do pielęgnacji włosów. Powrót do ombre bardzo mocno zmienił mój sposób dbania o czuprynę.  W ostatnich miesiącach pokochałam maseczki do włosów Biovax od L’Biotica. Posiadam wersję czarną – złote algi i kawior, o właściwościach mocno nawilżających, oraz złotą-  argan i 24k złoto, o właściwościach wygładzających, Każda z nich jest też intensywnie regenerująca. Są bardzo gęste i niestety średnio wydajne. Najbardziej polubiłam się z czarną wersją. Pozostawiam ją na włosach 30 min, przez co stają się mięciutkie, łatwo się rozczesują i układają.
 
 
Wielkim hitem w mojej pielęgnacji włosów okazała się być marka Bumble and Bumble. Są to kosmetyki dosyć drogie ( każdy powyżej 100 zł), dlatego zdecydowałam się na zakup miniatur. Mowa o lini Hairdresser’s Invisible oil. Zarówno primer jak i odżywka mają piękny zapach, który długo utrzymuje się na włosach, są lekkie i wydajne. Kosmetyki te zawierają lekkie olejki, ułatwiają rozczesywanie i stylizację włosów. Sprawiają, ze stają się wyjątkowo miękkie i chronią je prze szkodliwym działaniem promieni UV i ciepła suszarki czy prostownicy. Po ich zużyciu z całą pewnością skuszę się na pełnowymiarowe wersje tych dwóch cudów.
 
 
 
W utrzymaniu chłodnego odcienia mojego blondu pomogły mi dwa produkty. Szampon do włosów z Joanny i fioletowa płukanka z Delii. Świetnie niwelują żółty kolor, pozostawiając perłowy/szary odcień blondu. Zdecydowanie je polecam. Podobnie jak suche szampony Batiste. Nie raz pomogły mi w awaryjnych sytuacjach, gdy musiałam szybko wyjść z domu, a fryzura nie była zbytnio atrakcyjna. Łatwo wyczesują się z włosów, nie pozostawiają białej poświaty i nie „ulizują” pasm przy skórze.
Na koniec wspomnę również o woskach zapachowych. Ostatnio moim celem było wykończenie tych zimowych, świątecznych wersji, ale dokupiłam też pojedyncze, bardziej świeże i wiosenne egzemplarze, a to oznacza, że nadal uwielbiam wieczory z książką i kominkiem zapachowym 🙂
 
Mam nadzieję, że wszyscy wytrwali do końca tego przydługaśnego tekstu i znaleźli w nim coś dla siebie. Ciekawa jestem jacy są Wasi ulubieńcy? Piszcie w komentarzach, pa.

 

Share: