SZTYFT MATUJĄCY | BENEFIT & CAOLION

at

Pogoda zdążyła nas już przyzwyczaić do iście wakacyjnych klimatów, a jak wiadomo nasza skóra różnie reaguje na tropikalne upały. Jako posiadaczka cery mieszanej w stronę tłustej, znów rozpoczęłam poszukiwania ciekawych produktów matujących pod makijaż. No dobra, cały rok z nich korzystam, ale wiosną i latem lubię spróbować czegoś nowego. Tym sposobem na mojej toaletce pojawił się sztyft matujący marki Benefit oraz Caolion. 

Benefit the POREfessional license to blot był pierwszym tego typu kosmetykiem na jaki się skusiłam. Przyznaje się, że oczekiwałam po nim cudów i efektu wow. W końcu marka bardzo dobrze mi się kojarzy i jest znana z wielu rewelacyjnych produktów. Sztyft matujący ma nam dawać pożądany efekt „zero świecenia” do 6 godzin od aplikacji, a trójkątny kształt ułatwiać dotarcie do każdego zakamarka. Jego aplikacja nie sprawia żadnych problemów. Sztyft szybko „wsiąka” w naszą skórę i od razu ją matowi. Zauważyłam tez lekkie wygładzenie niewielkich porów w okolicach nosa. Skóra pozostaje matowa przez kilka godzin, ale z pewnością nie obejdzie się bez poprawek makijażu i bibułek w ciągu dnia.

Pore sebium control moisture stick marki Caolion skusił mnie pozytywnymi recenzjami na blogach innych dziewczyn. Jest to marka koreańska, a jak wiecie bardzo lubię testować azjatyckie kosmetyki. Sztyft matujący Caolion przez pewien czas dostępny był na stronie Sephory, co znacznie ułatwiało jego zdobycie. Można stosować go zarówno pod makijaż, jak i w ciągu dnia do zmatowienia świecących partii twarzy. Formuła sztyftu jest bardzo specyficzna, z jednej strony woskowata, a z drugiej wilgotna i chłodna. Dziwne uczucie, choć całkiem przyjemne, szczególnie przy wysokich temperaturach za oknem. Niestety nic więcej  dobrego nie mogę powiedzieć na jego temat. Sztyft matujący marki Caolion podpadł mi z dwóch powodów. Kompletnie nie utrzymuje matu na mojej cerze, już po godzinie w ruch idą bibułki. W ciągu 8 godzin makijaż muszę poprawiać średnio 3 razy. Żeby nie było, że po kilku użyciach od razu go skreśliłam. Dałam mu wiele szans z rożnymi podkładami i kremami, a efekt nigdy nie był zadowalający. Dodatkowo podpadł mi ponownie, powodując u mnie wysyp bolących nieprzyjaciół. Pozbycie się ich zajęło mi dobry tydzień i nie było takie łatwe.

Niestety w moim przypadku żaden sztyft nie zdał testu. Nie wspomnę już o tym z Caolion, który przyniósł więcej szkody niż pożytku. Póki co nie nie sprawdza się u mnie lepiej niż baza z MUFE. Ciekawa jestem jak Wy razicie sobie ze świecącą się strefą T, w szczególności podczas upalnych dni w mieście.

Share: